
Sprawiedliwość może i jest ślepa, ale chyba na niezdolność samego systemu na jej egzekwowanie. Ze względów proceduralnych większość dowodów zostaje odrzucona, a prokuratura dogaduje się z jednym z przestępców (paradoksalnie właśnie z tym, który mordował).
10 lat później, w dniu, w którym ma zostać wykonany wyrok śmierci na osądzonym wspólniku mordercy, podczas samego wykonania wyroku, coś idzie nie tak. Umiera on w niesamowitych spazmach bólu. Sprawiedliwości stało się zadość, a "szanujący prawo obywatel" wprawia w życie swój plan biorąc prawo w swoje ręce chcąc zerwać opaski z oczu stróżów prawa i systemu sprawiedliwości.
Ostatni film z Gerardem Butlerem jaki widziałem ("Gamer") strasznie zjechałem - to była porażka. Tym razem mamy doczynienia z mocnym dreszcowcem, z którego głównym bohaterem, pomimo tego co robi, jakoś sie utożsamiamy, wręcz mu kibicujemy. Pomimo świadomości, że popada on coraz bardziej w skrajność, mamy nadzieję, że osiągnie on swój cel... i spokój. Według skrzywdzonego przez morderców i system Sheltona, cel uświęca środki. A jego cel jest istotny dla każdego szarego człowieka, który życzy sobie, aby system prawny chronił ofiarę, a nie przestępcę.
Reżyser F. Gary Gray po raz kolejny po "Negocjatorze" dał nam film, w którym równowaga między dobrem a złem jest bardzo cienka. W udany sposób buduje więź łączącą widza i bohatera, jednocześnie dając nam prawo do wątpliwości, czy czyny postaci rzeczywiście są odpowiednie do sytuacji.
Ja nie miałem wątpliwości... A wy?